niedziela, 25 listopada 2012

Przepiękne miejsce

Nie ma sensu abym opisywał cokolwiek jeśli nie mogę opublikować zdjęć. Dlatego wstrzymam się z wpisami do czasu szybszego internetu. Jest szansa, że już pojutrze się uda. Będzie to na pewno najdłuższy wpis. A jeśli chodzi o tarantule, to są tu naprawdę dziko żyjące. Jedna przyszłą do nas na kolację około 1,5 metra od naszego stolika. I możecie wierzyć lub nie, ale jeszcze takiej dużej nie widzieliśmy. Wielkości rozłożonej dłoni. Piękna z czerwoną plamą na pleckach. Nasze problemy finansowe jest szansa rozwiązać. Na razie dostaliśmy z hotelu 100 USD, a pojutrze dostaniemy prawdopodobnie dowolną kwotę. Prośba do moich Interków o obroty mailem od dnia przygody, czyli od 24.11, i już sukcesywnie mailem.
Naraźki

sobota, 24 listopada 2012

Przygoda kryminalna.


Wczoraj wieczorem poszliśmy sobie na ostatnią kolację w Gwatemalii. Wychodząc schowaliśmy co cenniejsze przedmioty do plecaka, a plecak do walizki zamykając ją na zamek szyfrowy. W kieszeni mieliśmy tylko trochę ketzali (miejscowa waluta) na posiłek i wino. Sejfu w pokoj nie było. Kolacyjka była przepyszna. Wróciliśmy około 21.30 i zacząłem szukać telefonu w plecaku, bo dokładnie pamiętałem gdzie go chowałem. Chciałem ustawić budzik na pobudkę dnia następnego. Niestety nie mogłem go znaleźć. Poprosiłem zatem Basię, aby zadzwoniła do mnie, celem odszukania mojego iphona. Powiedziała, że jej jest w portfelu w walizce. Portfel znalazłem, ale telefonu nie. Zganiła mnie za to, że się nią wyręczam i nie chce mi się poszukać. Podałem jej zatem portfel i usłyszałem – nie ma telefonu i nie ma moich pieniędzy. Pospiesznie zacząłem grzebać w plecaku celem sprawdzenia czy są paszporty. Były. Natomiast zniknęły też moje pieniądze i wszystkie karty kredytowe. Poza tym nic nie zginęło. Nawet czytnik eboków został i komputer na wierzchu na stole. Byliśmy przerażeni, bo o tej godzinie już recepcja była zamknięta i wszędzie były pogaszone światła. Nasz pokój znajdował się w pewnej odległości od budynku głównego. Doszliśmy do wniosku, że musiała to zrobić obsługa hotelowa, bowiem drzwi były nienaruszone i zamknięte, a klucz na recepcji. Gdy wróciliśmy do hotelu, klucz dał nam ochroniarz. W całym hotelu kompletna cisza. Pokoje były w budynkach ustawionych w dzikim ogrodzie. Baliśmy się, że jak  wyjdziemy, to możemy jeszcze dostać w łeb. Byliśmy przecież bez telefonów. Nawet gdzieś latarka zginęła i trudno było się po hotelu poruszać, a do ulicy mieliśmy kilkaset metrów, nie mówiąc o tym, że inny ochroniarz musiałby nam otworzyć bramę. Wszędzie głucha cisza. Zapukałem do jednego sąsiada i nic. Do drugiego, ale to byli ludzie z Gwatemali. Uznaliśmy, że nam nie pomogą, a może nawet są w spisku z ochroną. Zebraliśmy się odwagę i ruszyliśmy ku wyjściu. Gość otwierający nam bramę dziwnie się zachowywał i rozmawiał przez komórkę. Potem długo stał i patrzał gdzie idziemy. Nieopodal natknęliśmy się na jakichś innych ochroniarzy i wezwaliśmy policję. Zabrali nas do samochodu, ale znowu strach. Bo przecież nie wiemy czy to wszystko nie jest skorumpowane, a oni gadali tylko po hiszpańsku. Dojechaliśmy w końcu do bardzo ponurego miejsca jakim był posterunek policji. Ledwo palące się światła, ktoś zakuty w kajdanki, jacyś menele. Tragedia. Posiedzieliśmy z godzinę i zadzwonili do kogoś z angielskim. Trochę pogadaliśmy, ale było ciężko. Udostępnili nam za to internet, bacznie obserwując co robimy. Skorzystaliśmy z toalety, ale była bez wody, a mnie męczyła dwójeczka. Po około dwóch godzinach o 24.00 zaczęli nas przesłuchiwać. Trochę na migi, trochę przez telefon po angielsku. W końcu spisali protokół i wsadzili nas do samochodu. Trzech policjantów z ogromnymi giwerami nas wiozło do hotelu. Jechali jakąś okrężną drogą i znowu było nie swojo. Ale szczęśliwie dojechaliśmy. Ochroniarz przy bramie dziwnie się zachowywał i nie wykluczone, że maczał w tym paluchy.  Drugi w obrębie ciemnej recepcji zachowywał się normalnie. Przesłuchali ich, poszli z nami do pokoju na wizję lokalną i nas pożegnali. Przyssałem się do komputera aby połączyć się z synami w Polsce i biurem podróży organizującym nasz wyjazd, celem zablokowania kart, telefonów i zorganizowaniu jakiejś gotówki. Poszliśmy spać o drugiej w nocy i na nogach byliśmy już po szóstej. Rano okazało się, że okradło nas dwóch Meksykanów, którzy mieszkali w pokoju obok. Po zdarzeniu usiekli. Zgłosili ich dane policji, ale były fałszywe. Nie ma już szans na odzyskanie czegokolwiek. Co prawda po tym zdarzeniu mamy 3 noce hotel ze wszystkim w cenie, ale potem kilka dni chyba nawet bez śniadania. Poza tym, nie wiadomo czy nie trzeba będzie wykupić jakiejś wizy wyjazdowej. Jest szansa, że w poniedziałek dzięki karcie platynowej dostaniemy kartę zastępczą lub gotówkę. Niestety bank nie pracuje w Polsce w sobotę i niedzielę i mogą nam pomóc jedynie w poniedziałek. A co ich obchodzi że mamy problem przez dwa dni. Rano przedstawiciel lokalnego biura podróży już na nas czekał i się nami zajął. W końcu pojechaliśmy do Belize. Już tu jesteśmy. Nasze nowe miejsce pobytu to dzika dżungla. Jest to taki niewielki ośrodek sportów ekstremalnych i survivalowych. My już chyba mamy dość adrenaliny i jutro może pojedziemy na snurki, a pojutrze musimy załatwiać kasę. Ośrodek jest położony w samym sercu dżungli. Do naszego domku trzeba przejść prze dzicz około 100 metrów. Nie ma żadnych świateł. Trzeba się nocą poruszać z latarką. Tutaj już po 17.00 robi się ciemno. Nasz domek to bajka. Mamy pokój odpoczynku, sypialnię, łazienkę z dwoma prysznicami, w tym jeden na dworze.  A najciekawsze jest to, że cały domek nie ma w ogóle ścian zewnętrznych, tylko od dżungli odgrodzony jest delikatną siatką. Także śpimy niemal na dworze. Jak ktoś zbłądzi, to spokojnie natknie się na nas śpiących i może sobie nas pooglądać w trakcie robienia różnych ciekawych figli. Basia mówi, że spaliśmy już w wielu pięknych miejscach, ale czegoś takiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Leżąc w sypialni obserwujemy motyle, bajecznie kolorowe ptaki, wiewiórki. Są tu węże skorpiony, tarantule. W dżungli niezliczona ilość kwiatów. Co chwilę słychać jakieś dziwne odgłosy wydawane przez zwierzęta. Co będzie nocą, jak owady i zwierzaki zaczną żerować? A rano jak ptaki będą się budzić? Nie mogę wrzucić fotek, bo net tak wolny, że dopiero może w środę uda się jakieś foto opublikować. Nerwy już nam przeszły. Karty kredytowe to żadna strata. Nie udało im się dokonać żadnych transakcji. Basi telefon już był stary i w grudniu mieliśmy go wymienić. Swój odżałuję, a pieniędzy może i szkoda, ale przeżyjemy. Na granicy spotkaliśmy parę Polaków. Ponarzekaliśmy sobie na naszą przygodę. Więcej o kraju napiszę jutro lub pojutrze. Ależ tu pięknie i przerażająco. No to naraźki

piątek, 23 listopada 2012

Ostatni wieczór w Gwatemali

Jak już wiecie, dzisiaj był dzień nudy, bo nie pojechaliśmy na zaplanowaną wycieczkę. Mniejsza o nią, najważniejsze, że Basia już się dobrze czuje.


Nudząc się łaziłem po mieście i natknąłem się na kobiety, które protestowały w ramach równouprawnienia.


A może sobie kupię buciki?


Pyszne rambutany.


A to jedynie fragment kafelki na naszym balkonie z licznymi muszkami. Nocą ich były miliony. Choć ich nie zabijaliśmy, rano leżało martwych dziesiątki tysięcy.




Święta już za pasem.



Oczywiście banany sprzedają crzerniejące.



I co z tego, że mamy 6 gekonów na balkonie, jak muszek są miliony.


Do kolacji Basia wyzdrowiała na 100 procent. Kończy jeść korzeń yuki. Jak frytki, tylko delikatniejsze.


Wyluzowani! Znacie ten kwiat?




A tu Basia tradycyjnie pożera ceviche.


Nie robimy już zdjęć niezliczonych kwiatów, bo chyba już nam trochę spowszedniały, ale jest ich mnóstwo i są przepiękne. Idziemy spać i jutro ruszamy w dalszą drogę. To będzie nasz przedostatni przystanek. Naraźki.


Livingston

To jest dach naszego poprzedniego domku. Średnica około 7 metrów i wysoki w szczycie około 6. Robi naprawdę duże wrażenie. Wiele domów i restauracji ma takie dachy, niekiedy kilkunastometrowe.


Wczoraj rano popłynęliśmy szybką łodzią do Livigston. Droga prowadziła rzeką Rio Dulce. Mieliśmy okazję podejrzeć życie Majów w dżungli przy rzece. Najpierw pokazano nam fort, który łączy rzekę z potężnym jeziorem, wokół którego tubylcy uprawiają warzywa i owoce. Już wieki temu fort pełnił rolę obronną i celną. Tutaj pobierano podatki za wywożone w kierunku oceanu płody rolne. Było tu też więzienie.



Wzdłuż jeziora pełno kwiatów i ptaków.




Do dnia dzisiejszego wielu Majów mieszka nad wodą. Nie ma tu żadnego miasteczka. Ich domy są od siebie oddalono niekiedy o setki metrów. Już pięcio-ośmio letnie dzieci pływają łodziami. Tak też poruszają się do szkoły. Liczne organizacje wspomagają tutejszą szkołę, do której uczęszcza ponad 200 dzieciaków. Poniżej typowy dom. Tak naprawdę, to jedno pomieszczenie i kawałek podwórka lub pomostu. I obowiązkowo małe czółenko transportowe wyciosane z jednego pnia drzewa.


Tutaj jakaś łódka luksusowa. 





Dzieciaki chętnie podpływają do turystów licząc, że coś dostaną. Te dzieciaki pływają same, bez jakiegokolwiek nadzoru starszych.




Mała Maksimczykowa! Zobacz jakie piękne grążele!  


Modne są tu krany w formie.. łódeczki.


A teraz ciekawostka. Są też tereny zamieszkałe na stałe przez... europejczyków. Mieszkają tu Francuzi, Niemcy, Belgowie, którzy po latach pracy osiadają tu na stałe, aby w ciszy i spokoju wśród pięknej przyrody dożyć ostatnich lat swego życia. To dom Francuzów. Jest też teren, na którym w pewnym skupisku mieszkają przyjezdni.



A to śliczna gąsieniczka.


Basia w szkole ogląda podręczniki, ufundowane przez Rotary International.


A to wzory mundurków szkolnych różnych plemion.


Szalenie dziwnie wygląda dom w środku buszu, w którym nauczyciele na jakiejś naradzie siedzą z laptopami. To naprawdę dzika dżungla


No i dotarliśmy do Karaibskiego wybrzeża, miasteczka Livingstone. Małą kopia Jamajki. Czarni ludzie, to potomkowie niewolników, licznie przywożonych do tego miasta przed wielu laty. Życie toczy się sennie. Garifuna (bo tak nazywa się miejscowy lud) są niezwykle mili. W głośnikach słychać reggae, panuje kompletny luz. Bardzo żałujemy, że nie mogliśmy tutaj spędzić choćby jednej nocy.


Leniwe psy opanowały wszystkie ławki w parku.






Miejscowi prezentują tutejszą odmianę gry w pelotę - ogniową pelotę.







Wodę pitną przywozi się tutaj w woreczkach.


A to znowu spotkana owa granica owocowa.



Pełno tutaj ochrony z wielkimi karabinami. Przed naszym dzisiejszym hotelem stoi takich dwóch. Aż strach wyjść.


Uwielbiam jak ptaki się suszą.



Dzisiaj mieliśmy jechać  do największej atrakcji archeologicznej Gwatemali, dawnego miasta Majów -  Tikal. Niestety Basia się nie najlepiej czuła i zrezygnowaliśmy z tej atrakcji. Pojechałbym sam, gdyby to trwało kilka godzin, ale wycieczka była do wieczora i nie chciałem żoneczki zostawiać samej. Przeżyjemy, to, bo już widzieliśmy kilka dawnych miast Mayów. Miejmy tylko nadzieję, że szybko Basia dojdzie do siebie. Już jest znacznie lepiej. Jadąc drogami tego kraju pełno tu Auto-Hoteli Love Secret. Wjeżdża się na ich teren samochodem, otwiera się jeden z licznych garaży, z których jest przejście do pokoju z łazienką i małym okienkiem. Przez małe okienko można podać napoje lub jakieś danie i nie będziemy przez nikogo zauważeni. Po zabawie z przywiezioną przez siebie panią, płacimy i wyjeżdżamy. Zwiedzanie jako takie już zakończyliśmy. Jutro jedziemy do Belize, gdzie w jakimś pięknym ośrodku można korzystać z licznych atrakcji. A oto przykładowe one:
- wycieczka nad morze i snurkowanie
- kilka różnych wersji zwiedzania przepięknych grot - najbardziej ekstremalna, to bodajże 5 dni pod ziemią i kilka kilometrów wgłąb.
- Canopy tour, czyli liczne zjazdy na linach od drzewa do drzewa (przeżyliśmy to już na Kostaryce, gdzie najdłuższy zjazd był ponad kilometrowy, a największa wysokość od liny do ziemi niemal równała się Pałacowi Kultury.
- Wycieczka dzienna do dżungli
- Wycieczka dwudniowa do dżungli z jedzeniem i spaniem na zasadzie co sobie znajdziesz to zjesz - jak sobie pościelesz (liście) tak się wyśpisz.
- Poranne podglądanie ptaków
- jazdy konne
i inne
My chyba pojedziemy na snurkowanie, ja może zanurkuję, bo przecież Belize to raj dla nurków. Poza tym możliwe, że pojedziemy na zjazdy linowe, bo to ogromnie fajna mega adrenalina. Z jaskini rezygnujemy, po tym jak kiedyś znajoma naszego kuzynostwa zginęła przygnieciona odłamkiem skalnym. Kiedyś chętnie eksplorowaliśmy różne groty, ale od tamtego wydarzenia, raczej staramy się wystrzegać tego rodzaju atrakcji. W tym ekstremalnym ośrodku będziemy 3 noce i potem na kolejne trzy lecimy na wypoczynek na jakąś piękną wyspę do luksusowego małego hoteliku. Lecimy to dumnie powiedziane. Lot będzie trwał 17 minut. Ale to nie nasz rekord. Krócej było w Polinezji, gdy samolot oderwał się od ziemi na jedynie 6 minut. Wczoraj zjedliśmy przepyszną kolację. Oczywiście Basia ceviche, a ja tortilla. Basia na okrągło tutaj zjada ceviche. Jest to surowa ryba lub krewetki w różnych sosikach. Na zimno, na surowo. No to na dzisiaj tyle. A to wyspa na jeziorze. Tu jesteśmy.