piątek, 9 czerwca 2017

Riva de Garda

Od lat przyjeżdżamy tu albo specjalnie, albo też przejazdem. Chyba już kilkanaście razy byliśmy nad Gardą. Dla nas to miejsce jest magiczne. I może nie chodzi już nawet o same miejscowości przy jeziorze bo w nich jest masa turystów. Ale kilka kilometrów od jeziora wszystkie miasteczka są owiane jakąś magią. Chyba nawet wolimy ten region od Toskanii. Także wrzucę kilka fotek z wycieczki rowerowej. Nie zawsze było słonko, więc czasem fotki blade. Ale czyż nie jest tu pięknie?




W obrębie skrzyżowania podziemne ścieżki rowerowe.











Taki piękny, że trzeba zerwać  do powąchania :-). Żart. Nie został zerwany, ale powąchany tak.







Ptaszek na wyżerce u sąsiadów.


Zawsze chciałem mieć duży plecak :-).








Tym razem ti już chyba koniec relacji ;-).

czwartek, 8 czerwca 2017

Prom

Aby dostać się na prom, musieliśmy przejść 7 kontroli. Między innymi była też kontrola potężnym rentgenem.




Na promie, gdy byliśmy około 100 km od najbliższego brzegu, w czasie obiadu ogłoszono próbny alarm. Mówili, że próbny, ale pewnie gdyby był prawdziwy, to też mówiliby, że próbny. Wszystkich spędzono w jedno miejsce i udzielono pierwszych wskazówek postępowania. Następnie zabrali nas na pokład, a tam ludzie w kombinezonach i maskach z tlenem na plecach. A że było dużo muzułmanów, to skojarzenia nie były najlepsze. W końcu kazano nam ubrać kamizelki ratunkowe i poprowadzono nas do łodzi ratunkowych. Wszystko trwało może 0,5 godziny. Na pokładzie było zimno i mocno wiało. No i w końcu okazało się, że był to faktycznie próbny alarm. Na promie było paskudnie. Kiepska restauracja, beznadziejna obsługa. Był to pierwszy rejs pod banderą Grimaldi, zakupionego w Finlandii używanego promu. A my tam prawie 3 doby. Brrrr!











Ale już jesteśmy w słonecznej Italce. No to chyba na tyle z tego wyjazdu. Jutro wracamy do Polski. No to naraźki i do następnego wyjazdu :-).



poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ostatni dzień w Maroco

Dziś odpływamy do Savony. Maroko nas trochę rozczarowało. Jedzenia dobrze nie skosztowaliśmy, bo w Ramadanie prawie wszystko pozamykane. Choć tajin udało się zjeść dwukrotnie i nam smakowało. Zabytków imponujących i wielkiej sztuki też nam się nie udało zobaczyć. Może są w Csablance i Marakeszu? Ludzie mili, ale wobec siebie faceci bardzo agresywni. Na każdym kroku krzyki i przepychanki, choć do wielkich walk nie dochodziło. Campingi poniżej wszelkich standardów. Ogólnie brudno. Dziwne, że infrastruktura szczególnie w dużych miastach na poziomie prawie europejskim, ale ludzie do tego się nie dostosowują.

Poniżej trochę fotek z dnia wczorajszego. Byliśmy w małym mieście leżącym przy rozległej lagunie. Ludzie żyją tu z połowów ryb, oczywiście ze wszechobecnego handlu, upraw i zbioru muszelek w mule.






Krabów miliony.





Może i nie ma tu śniegu, ale snowbord uprawia się na piasku.



W porcie kupiliśmy przepyszną rybę. Smażyliśmy sami.



Ziemniaki kopcuje się w lesie, bo tu chłodniej. Tyle, że trzeba ich pilnować.




Mieliśmy też super miłą wycieczkę łodzią po rozlewiskach poszukując flamingów. Widzieliśmy je tylko z bardzo daleka, bo woda opadła. Pan chciał z nami płynąć przed południem, ale my się uparliśmy na popołudnie. I okazało się, że miał rację :-(.



Zaplątała się krzykaczka z Hiszpanii. Papugi to takie ptasie rozrabiaki. Ganiają się i strasznie krzyczą.


A to mieszkaniec campingu. Wielkości kciuka. Poza tym wszędzie masa kotów. Zatrzęsienie ich.



Parkowanie Marokańczyków to jakaś zmora.


Kilka dzieciaków przyjechało na plac zabaw.


Masa tu boisk do piłki, i siatkówki. I wszędzie pełno ludzi gra. I nie tylko dzieci.


W restauracjach ludzie w czasie ramadanu siedzą przy... pustych stołach.










Może komuś główkę koźlątka?


Albo rożek?





No to zaraz jedziemy na prom. I 62 godziny luziku :-).
Naraźki