sobota, 31 października 2009

Gran Canaria - dzień przed odlotem

Rankiem pojechaliśmy do Maspolomas, czyli wydm z naniesionego przez wiatry piasku z Sahary. Sceneria iście saharyjska. Dzisiejszy dzień to głównie wycieczka do Palmitos Parku, gdzie spotkaliśmy się ze zwierzątkami. Park tematyczny, w którym zgromadzono dużo zwierzaków, głównie ptaków. Najwięcej papug, ale były też małpki, krokodyle, jaszczury, orły, motyle i akwaria z rybami. Do tego kaktusy, orchidee wiele roślin. Papugi występowały w cyrku, drapieżne ptaki latały nad naszymi głowami. Ogólnie było OK. Gdy wróciliśmy do hotelu, nie chcieli nas wpuścić twierdząc, że już nasz czas pobytu się skończył. Na szczęście udało nam się wyjaśnić nieporozumienie i dzień zakończyliśmy leżąc sobie przy basenie. Zdzicha nauczyłem jak zamówić sandwicza z szynką i z serem, a Kazika jak poprosić o manhatana. Co prawda przyniósł whisky z wytrawnym martini, ale to i tak duży postęp. Lepszy numer był, gdy zamawiał wódkę. Pani zapytała czy with eis, a Kaziu zrozumiał AIDS i odpowiada, że nie, że jest zdrowy. Wieczorkiem idziemy do kasyna. Liczymy oczywiście na dużą wygraną, ale jak znam życie to będzie nas to drogo kosztowało. Jutro lecimy na Lanzarottę. Jak będzie net, to może się jeszcze odezwę, jak nie, to napiszę dopiero z Polski. Załączam trochę fotek i wszystkich gorąco pozdrawiamy. Gorąco, bo dzisiaj były w cieniu 32 stopnie Celsjusza. Chłopcy zaliczyli dzisiaj w Czechach testy sprawdzające do wyścigów w czeskim serialu Skoda Octawia Cup i przeszli je pomyślnie. Niestety koszt startów w przyszłym roku jest na tyle wysoki, że muszą znaleźć sponsorów. Macie zatem pole do popisu. Czekamy na oferty.


















piątek, 30 października 2009

Kanary dzień trzeci

Wczoraj po południu zrobiliśmy sobie długi spacer przez miasto, a następnie morską promenadą. Fajne cuda robią tubylcy z piasku (załączam fotki). Rankiem wypożyczyliśmy nowiuśkiego Seata Leona i ruszyliśmy pooglądać wyspę. Zaczęliśmy od Puerto Rico, a jadąc dalej minęliśmy hotel, w którym z Basią spaliśmy 10 lat temu. Czy go Basiu poznajesz? Następnie odwiedziny rybackiej wioski, gdzie udało mi się kupić ślicznego wesołego aniołka z porcelany, oczywiście do kolekcji mojej żonki. A dalej to już tylko serpentyny i przepaści. Było cudownie. Zaskoczyło mnie tylko to, że przed 10 laty miałem ogromnego stracha w jeżdżeniu po półkach skalnych, a dzisiaj nie miałem nawet miligrama adrenaliny. Nie rozumiem tego. Pojechaliśmy też zobaczyć słynny palec boży, to jest taka dziwna smukłą skała stojąca w oceanie, ale okazało się, że przed czterema laty podczas sztormu runął do wody. Głupio, bo stał przez milion lat, a teraz pach i miasteczko podupadło, bo nie ma już swojego symbolu rozsławionego na cały świat. Tam też zjedliśmy obiadek w nadmorskiej restauracyjce. Po drodze wjechaliśmy zapoznać się pobieżnie ze stolicą Las Palmas. Katedra była fajna, ale najlepsza jest architektura osiedli mieszkaniowych. Każdy buduje co chce, jak chce i w jakim chce kolorze. Wychodzi cudo. Tak wesołych osiedli jeszcze nie widziałem. Na koniec przy lotnisku oglądaliśmy nisko przelatujące samoloty. I koniec. Wrażeń z widoków nie da się opisać, więc nawet nie będę próbował. Na dworku cieplutko, oj cieplutko. Do 30 stopni w cieniu. Na szczęście w autku klima sprawna i dawała nam wytchnąć. No to tyle na dziś. Do jutra.





















czwartek, 29 października 2009

Kanary z Dziadkami

Witam wszystkich z Wysp Kanaryjskich. Przyjechałem tutaj z dziadkami, to jest z moim i Basi tatą. Mój tata skończył 80 lat i fundnęliśmy z Basią mu ten wyjazd w prezencie. Ja pojechałem jako przewodnik i kierowca, a Kazika dokooptowałem jako towarzystwo dla Zdzicha, a zarazem w ten sposób chciałem wyrazić swoją ogromną wdzięczność Kazikowi za jego nieustanną pomoc w pracy i w rodzinie. Podczas tych wakacji odwiedzimy dwie wyspy – Gran Canarię i Lanzarottę. Wyjazd indywidualny, ale z rezerwacją hoteli, przelotów i transferów. W planie mamy tylko 2 dni leżenia, a poza tym chcę im pokazać wyspy. Ja je znam z innych wyjazdów i uważam, że są świetnym miejscem na poznanie egzotyki. Gran Canaria, to liczne wąwozy, przepaście, dużo zieleni, ciekawej roślinności. Natomiast Lanzarotta to wyspa wulkaniczna. Niemalże sama lawa. Cudowne i przerażające krajobrazy, oraz wiele atrakcji stworzonych ludzką ręką za przyczyną działalności miejscowego artysty Menriqua. Ja jestem niezwykle urzeczony tą wyspą i z wielką chęcią tutaj wracam. Loty były w spokojne, bez opóźnień. Na lotnisku już czekał na nas samochód, który zawiózł nas do Hotelu. Hotel pięciogwiazdkowy z sieci Sol Melia, znanej mnie i Basi, gdyż już dwukrotnie spaliśmy w nich na Dominikanie, oraz na Kubie. Żarcie wyśmienite. Mięsa i ryby zawsze świeżo przyrządzane na oczach klienta. Ogromny wybór żarcia, ładnie podane i z super obsługą. Wczoraj byliśmy zmęczeni, więc szybko poszliśmy spać. Bardzo się rano uśmiałem. Ja mam pokój do samodzielnego wykorzystania, a dziadki śpią razem. Łóżka są zasłane (od dołu) – prześcieradło spodnie, prześcieradło pod którym się leży, lekka narzuta-kołderka i kapa chroniąca za dnia pościel. Dziadki nie zauważyli tych warstw i spali pod grubą kapą ochronną. Dzisiejszy dzień to byczenie się. Leżymy przy basenie i sączymy piwko i drinki. Zdzicho za dnia nie pija, ale wieczorami ma w planie wlewanie w siebie wspaniałej hiszpańskiej Riojy. Ja mu oczywiście chętnie w tym wtóruję, gdyż Rioja to najbardziej przeze mnie i Basię ulubiona winnica. Jutro pożyczamy samochód i jedziemy oglądać wyspę. Pojutrze zaliczymy jakieś parki natury, aby po podglądać zwierzęta, które przecież uwielbiam. Na pytanie Zdzicha jaki mam wypożyczyć samochód, padło – Moni-Moris. Odwiedziłem już kilka wypożyczalni, ale na razie takowego nie znalazłem. Po południu pójdę na dalsze poszukiwania. Leżymy sobie przy basenie i jest pokaz mody. Laski chodzą między leżakami i prezentują swoje wdzięki (a może ciuchy?). Mówię do Zdzicha – podejdź do dziewczyny i ci pstryknę fotkę, ale on wymiękł. Ta sama prośba do Kazika, a on już jest przy lasce. Pstryknąłem fotkę i wtedy odważny Zdzicho podszedł też do nich i rzecze: no rób to zdjęcie, szybko. Ale stał obok niej daleko i gówno z tego wyszło. Mówiłem mu, że zrobię dużą odbitkę i będzie mógł poszpanować, ale prawdą jednak jest, że krowa, która głośno ryczy – mało mleka daje. Jak Kaziu się mizdrzył do modelki, powiedziałem mu, aby podał jej numer mojego pokoju, ale powiedział, że może mi tylko w ryja dać. Widać solidarność rodzinna zwyciężyła nad solidarnością męską. I po co ja go zabierałem? A mogło być tak pięknie. Zdzisio w ogóle trudno się do czegokolwiek przystosowuje i ciągle marudzi. Zdzichu i Kazik to przeciwności. Kazik jakby połamał nogi, to i tak powiedziałby, że może iść na spacer, bo się super czuje, a Zdzicho w lektyce narzekałby, że trzęsie, że za wolno, słońce praży i w ogóle jest do dupy. Dokładnie przeciwne charaktery. Mam wesoło z nimi. Na obiad wysłałem ich samych. Przyszli po pół godzinie, jacyś niedojedzeni. Zdzicho pyta co to jest: na muszli „coś”? Zgodnie z prawdą odrzekłem, że nie mam pojęcia, może muszle świętego Jakuba, zwykłą małża, a może ostryga. Poszedł więc ze mną na drugi obiad. Okazało się to zwykłą małżą. Zjadł przy okazji jeszcze indyka, surówki i lody. Kiedy wróciliśmy Kazik na hasło lody – poszedł też dojeść i wmiótł jeszcze dodatkowo ciasto i wypił piwo. Przyszedł oburzony, bo kelner kazał mu podpisać rachunek mówiąc kilka razy „rum”. Kaziutek był bardzo oburzony, bo przecież nie pił żadnego rumu, ale w końcu mu na odczepnego podpisał. Biedny kelnerzyna chciał tylko wpisać numer pokoju pytając o room number. Jak dzieci. Nawet na obiad nie można ich puścić samych.

Dziwny owoc dzisiaj zobaczyłem na roślinie. Przesyłam jego fotki, ale nie wiem, co to jest. Specjalnie dla panów nagie laski. No to na razie tyle. Do następnego kontaktu, może jutro, może pojutrze.



















niedziela, 25 października 2009