piątek, 24 czerwca 2016

Dom

My już w domu. Kampera przejął syn Adama z żoną Agnieszką i małym Alusiem. Jak tylko wyjechaliśmy, po paru godzinach Aluś bawił się kamyczkiem i... wsadził go sobie do noska. Pół dnia stracone. Ale w szpitalu stwierdzili, że chyba albo sam wypadł, albo też go połknął. Bywa. Ma to chyba po babci Basi, która za młodu wylądowała w szpitalu z pestką od czereśni.

video

Aluś ma tu kogo dokarmiać.



Wielki kwiat fikusa.



Samolot na niebie.





Kąpiel to fajna sprawa.



Kąpiel to fajna sprawa, ale trzeba potem skrzydełka wysuszyć :-).




Książki najlepiej się ogląda na spacerze. 


A spacer był do restauracji. Risotto i owoce morza.




No i koniec wakacyjek. Droga do domu długa, bo ponad 1300 km. Ale na szczęście bez długich korków i dobrze się jechało. Do następnych wakacyjek :-).

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Cinque Terre

I pomału kończy się nasza przygoda. Na pierwszych zdjęciach płonąca Sycylia. Temperatura 44 w cieniu i dużo pożarów.




A w dole nasz kamperek na pokładzie promu, którym płynęliśmy całą noc i prawie cały dzień z Palermo do Livorno. Nasz ten drugi od dołu po prawej stronie.



No i przyjechaliśmy do Cinque Terre. Juz tu byliśmy. Więcej na blogu http://piotribasia.blogspot.it/2015/05/powrot.html

Fotka z deskarzami zrobiona po 7.00 rano. Wariaci, ale ich rozumiem. Jak fala jest o 7.00 to się pływa o siódmej. Rozumiem ich bo jak pływałem na desce z żaglem, to co chwilę patrzałem na drzewa i jak tylko zawiało to szybkie telefony do kumpli, żagle i deska na auto i gazem do jeziora :-).


A takie scorpeny przyrządziłem na kolację. Były pyszne. Polska nazwa kurek czerwony (sorki Robert)


Do Cinque Terre przyjechaliśmy aby pochodzić po górach. Są tu fantastyczne tereny do łażenia. Niestety Basia pierwszego dnia się źle poczuła i musieliśmy zrezygnować ze spaceru. Drugiego dnia padał deszcz i pójście w góry (trudne trasy z gliną i skałami) było niebezpieczne, więc połaziliśmy po płaskim 10 kilometrów, trochę w deszczu, ale też trochę po górach gdy nie padało. I daliśmy sobie nieźle popalić. Nawet raz zmyliliśmy drogę i zrobiło się naprawdę niefajnie i niebezpiecznie. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło.






Chwilami się w głowie kręciło.



Po co mieszkańcy okolicznych miasteczek stawiają wodę na chodnikach, nie udało mi się ustalić.



I w końcu dzisiaj udało nam się pójść w góry. Rano zrobiłem ponad dyszkę na rowerze i o 10.00 ruszyliśmy na wędrówkę. Komórka mi pokazuje, że przeszliśmy dziś ponad 14 kilometrów. Ale droga trudna. W górę i w dół po glinie (na szczęście suchej), kamieniach i żwirze. Przewyższenia od 0 mnpm do 320 mnpm. I ciągle trochę w górę, trochę w dół. I nie było łatwo. Zresztą popatrzcie sami.
















I w końcu szczyt! Ale potem trzeba było zejść te ponad 300 metrów niżej, a droga to schody 30 centymetrowe. Gdzieś z 600. Potem już tylko ostro w dół asfaltem. Oj bolą nóżki, bolą.








Jutro jedziemy do Bardolino, gdzie będą na nas czekali Adam z Agą i Alusiem, czyli nasz syn z rodziną. Zostawiamy im kamperka i sami w czwartek wracamy do domu ich samochodem. Ale myślę, że jeszcze coś napiszemy ;-).