poniedziałek, 17 listopada 2008

Raja Ampat


No i rozpoczęło się nurkowanie. Trzy dziennie, za każdym razem gdzie indziej. Widoczność pod wodą dobra, choć nie idealna. około 10 - 20 metrów. Jest tu bardzo dużo ryb, a jak są rybki, to widoczność jest ograniczona. Organizacja nurkowań super. Niczego się nie dotykamy przy przygotowaniu sprzętu. Wszystko sami noszą i oporządzają. Plan jest taki, że pierwszy nurek jest o 8.00, następny o 11.15, potem obiad na którejś z dzikich wysp, nurek o 15.00 i dla chętnych nurkowanie nocne o 18,45. Zejście pod wodę trwa około godziny. Ja wychodzę nieco wcześniej, bo zużywam szybciej powietrze. Pod wodą cuda. Żółwie, rekiny, rybki, ślimaki, skorupiaki, rafy... Ten w paski poniżej to ślimak.

Tutaj przewodnik pokazuje, że gdzieś jest konik morski. Te koniki upodobniają się do rafy i ciężko je znaleźć, tym bardziej, że mają po ... 1-3 milimetry. Niestety nie mam szkieł kontaktowych i fotki walę na ślepo ufająć im, że coś tam jest. Oni w ogóle są nastawieni (przewodnicy) na te wszystkie morskie żyjątka. Na większe ryby już nie zwracają uwagi.


Poniżej jest rekin, który ypodabnia się do piasku na dnie. Trudno go dojrzeć.


A tu rafa taka jakiej tutaj nie brakuje.


Wybraliśmy się w podróż do drugiego ośrodka, gdzie mieszka część z nas. Zupełnie inny klimat. Życie całkowicie na dziko. Ma to swój urok, może nawet większy od tego, który my doświadczamy, ale też są to niewygody. Brak klimatyzacji, tv, lodówki, toalety. Za to jest jeszcze bardziej dzika przygoda. Mogę już doprecyzować wcześniejszą wiadomość. Pracuje tutaj ponad 100 osób w obu ośrodkach, a miejsc dla turystów jest 36.


Do Kri - Eco wiedzie droga przez dżunglę (ponad 1 godzina drogi) lub brzegiem morza. My wybraliśmy się drugą opcją.

A to jest Daniela. Kangurzyca. Jest tu ich kilka i są udomowione. Lubi się przytulać, ale pazurki ma niedelikatne.



Jeszcze jakaś fotka z wody się zapodziała.


Basia zaplata liście palmowca, tworząc ozdoby.


Wypływamy na nurkowanie. Wszustkie miejsca nurkowe oddalone są maksymalnie o 15 minut łodzią.



To jest dom na palach dla czterech osób.
Domy są nie szczelne, zatem posiadają moskitiery.


A wieczorem czekała nas niespodzianka. Była właśnie 5 rocznica istnienia naszego ośrodka Sarido.
Zaczął oczywiście Max od przemówienia, potem jedna z Papuasek wygłosiła modlitwę, Polacy odśpiiewali "Sto Lat" i przystąpiliśmy do wyżerki. Bardzo smacznie. Następnie zaczęły się śpiewy papuasów. Cudowne chóralne śpiewy, naprawdę urzekały. A jak śpiew to i tańce. Barzdo miły wieczór.






Poznałem Sweety. Koto to - już jutro.

Sulawesi

Jesteśmy w Sulawesi na lotnisku. Ciekawe książki tu sprzedają.


Nasza podróż trwa nadal. Wyjechaliśmy w środę o 5.00 rano. W czwartek wieczorem byliśmy w Singapurze. Piątek był dniem odpoczynku. Sobota od 9.30 znowu podróż. Taxi, samolot, dwie godziny autobusem. O 19.00 byliśmy w hotelu w Manado (w Sulawesi zwane też Celebesem) i już o 4.00 rano w niedzielę pobudka. Jeden lot do Makasaru (pozdrowienia Krzysiu G! Krzysia spółka nosi nazwę Makasar sp. z o.o.). Potem samolot do Sorong i jeszcze kilka godzin łodzią po morzu. Wieczorem piątego dnia powinniśmy w końcu dotrzeć do kresu tego etapu podróży. Nasze miejsce docelowe to Iran Jaya (kraj), Raja Ampat (archipelag wysp), Sorong – ośrodek na jednej z nich. Jest to pierwszy etap, bo przecież do Doliny Baliem, która kończy całą podróż, mamy jeszcze dwa loty samolotem. Już mamy dość tego podróżowania, ale nie ma innego rozwiązania, aby zobaczyć to co chcemy. W Sulawesi w pokoju hotelowym na drzwiach wywieszony był cennik. Kasowali za wszystko co się da uszkodzić. Za telewizor, zagubiony klucz. A nawet za każdą uszkodzoną płytkę ceramiczną. Kraj bardzo ubogi, ale nie aż tak jak Madagaskar. Ludzie mili. Standard życia bardzo niski, nawet dla turystów. Zaskakuje natomiast ogromna wręcz liczba kościołów katolickich. Dosłownie co kilkaset metrów. Wiem, że nieskładnie piszę, ale jestem trochę skonany. Spałem kilka godzin. Jest 5.40 i za godzinę mamy lot. Zapomniałbym! Wszyscy jesteśmy tutaj milionerami. Wymieniliśmy sobie dolary na wiele milinów rupii. Pieniądze musimy spinać gumkami.



Nasze towarzystwo liczy 20 osób. Wszyscy jadą na nurkowanie, natomiast tylko 14 jedzie do doliny Baliem, do dżungli z Papuasami. Na naszej wyspie docelowej znajdują się dwa ośrodki. Obydwa mają tylko po kilka domków dla turystów. Część z nas mieszka w chatach ze słomy na palach, a część w przestronnych willach na brzegu oceanu. Ciekawe, że obsługa liczy więcej osób, aniżeli mogą przyjąć turystów.

KOCHANI! JESTEŚMY NA MIEJSCU!

Samo lotnisko w Sorong, jak i jego obsługa bagażu były dla nas niezwykłym przeżyciem. Budynek przyjęć wypełniony był podróżnymi wymieszanymi z tubylcami. Wojtek mnie wyzywa od ADHD-owców, ale to co robili tubylcy trudno byłoby nazwać. Krzyki, wrzaski bieganie. Totalny chaos. Pozabierali nam kwitki na bagaż (każda walizka miała swój papierek) i rozpoczęli jakby walkę między sobą o nasze bagaże. Wiadomo było, że wiele nam zginie. Nie byliśmy jednak w stanie z nimi walczyć. Trwało to ponad pół godziny. Jak już któryś z nich wyrwał jakąś walizę, to odstawiał ją gdzieś na bok. Próby odbicia ich, skutku nie przynosiły. Zastanawialiśmy się jak wielkie haracze będziemy zobligowani zapłacić, aby choć część swoich rzeczy odzyskać. No i po jakimś czasie zaczęło się rozluźniać i powstały różne kupki bagażu. Okazało się to być sortownią i kontrolą poprawności dostarczenia wszystkich toreb do Sorong. Następnie te bagaże znalazły się w samochodach i … my także. Nic nie zginęło. Mało tego. Nawet do głowy im nie przyszło, aby choć pomyśleć o jakiejkolwiek gratyfikacji za wykonaną robotę.

Tablice miast informować dezinformują.

Toaleta na lotnisku była wyjątkowa.



Biedny kraj.

Dlaczego to wszystko działo się między nami (sortowanie bagażu)?

Z lotniska do łódek był żabi skok. 5 minut jazdy . Same łódki nie uderzały luksusem.

Padał mocny równikowy deszcz i morze było wzburzone. Przed nami był dziewięćdziesięcio kilometrowy rejs na wyspę. Trochę pohuśtało, ale po ponad dwóch godzinach o zmroku byliśmy u celu. Na wyspie przywitała nas legenda nurkowa, właściciel tych ośrodków Max Ammera. Otrzymaliśmy po otwartym świeżym kokosie do zabicia pragnienia. Poopowiadał nam trochę o tym co nas tutaj spotka, przydzielono nam domki i zaserwowano kolację.



Jeżeli będą nas tak żywić jak wczorajszego wieczoru (bo już się obudziłem o 5.30 dnia następnego), to po prostu poezja. Bardzo smacznie i ładnie podane w bajkowej wręcz scenerii.

Jedna rzecz nas cudownie zaskoczyła. Max prowadził nas do domków (a pamiętać należy, że to była noc) i w pewnej chwili wskazał na koronę drzewa. Były tam popularne i u nas lampki choinkowe, które wolno sobie mrugały. Wszystkie jednocześnie sterowane jednym sterownikiem. Ale wiatru silnego nie było, a one się ruszały. Okazało się, że są to setki robaczków świetlików. Jak one to robią, że interwały pomiędzy świeceniem są identyczne i robią to równocześnie – nie wiem. Przepiękny widok. Fotka niestety nie wyjdzie. Teraz jest po wpół do siódmej rano (u was 22.34). Zaraz idę na śniadanie i już o ósmej mamy pierwsze nurkowanie. Basia na razie sobie odpuszcza, ale mam nadzieję, że ją w końcu namówię. Drugie nurkowanie o 11.00, potem lunch na plaży!!! i trzeci nurek. Gdzieś muszę jeszcze wpasować zwiedzanie wyspy. No to tyle na dziś. Miłej pracy. Już zbliża się wieczór dnia następnego i mam w głowie mnóstwo wrażeń. Ale o nich napiszę dopiero jutro. Były trzy nurkowania. Dowiecie się kim jest Daniela.

Na razie.

piątek, 14 listopada 2008

Singapur - dzień drugi.



Śniadanko zjedliśmy na Orchard Road, głównej ulicy handlowej. Oczywiście chińskie żarcie - tym razem zupy chińskie z mięskiem i pierożkami.


Dziewczyny poszły trochę połazić po sklepach próbując złowić coś pięknego, ale im się nie udało. Z Wojtkiem szybko skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na żarełko i piwo. Kaczka z makaronem.


Zakupy nie były udane. Nie dostaliśmy tego czego poszukiwaliśmy. Następnie metrem udaliśmy się do Little India (dzielnicy Hindusów). Metro różni się od naszego tym, że nie widać torów. Na wysokości drzwi metra rozsuwają się drzwi. W ten sposób samobójcy muszą szukać innych metod zakończenia żywota. W metrze nie wolno żuć gumy. Guma przyklejona do rantu drzwi uniemożliwia ich domknięcie. Za to jest wysoka kara. Kara jest też za rzucenie papierka, niedopałka, czy też w ogóle za palenie na dworze (na ulicy) w miejscu niedozwolonym. Za to Singapur jest najczyściejszym miastem na świecie.



Littke India to mieszanina zapachów, ozdób kwiatowych, złota, owoców - warzyw i suszonych ryb. Jak na Singapur, to slamsy.




Zdjęcia poobijanych bananów tradycyjnie dla Krzysia Gapysa.


Stamtąd udaliśmy się taksówką do kolejki linowej, która przeniosła nas na wyspę Sentosa. Jest to miejsce rozrywki.


Sama podróż kolejką, to niezłe wrażenie. Trasa prowadzi nad rzeką i w środku przechodzi przez wieżowiec. Na miejscu odwiedziliśmy kino trójwymiarowe, muzeum robaków i motyli (w części żywych), Sky Tower, czyli ruchoma wieża widokowa, spektakl fontann (po zmroku), występy delfinów, a także największe na świecie oceanarium.








Na koniec oczywiście pożeranie chińszczyzny. Wielka garkuchnia, czyli około 30 stoisk z wyżerką i kilkaset miejsc do siedzenia. Jedzonko dla miłośników miejscowej kuchni pozytywne, aczkolwiek mocno różniące się od nasze chińszczyzny. No ale przecież to nie Chiny, ale mieszanka narodów z Indii, Chin i Malezji.



Jutro rano lecimy dalej i już pojutrze będziemy w naszym głównym miejscu docelowym, czyli w Raji Ampat, gdzie w dziczy około 10 dni będziemy podglądać cuda morskiej fauny i flory. A będzie co oglądać.



To auto przypłynie do Polski za miesiąc. Nie zazdraszczajcie.


A to centrum handlowe z totalnym bałaganem schodów ruchomych.


No to do następnej informacji.

czwartek, 13 listopada 2008

Singapur






Dolecieliśmy do Singapuru. To już druga nasza wizyta w tym mieście. Lot był dość spokojny, a lądowanie wręcz mistrzowskie. Hotel Holiday In, w którym mieszkamy, zrobił na nas duże wrażenie. Zbudowany jest w kształcie walca z wielkim atrium. Po wewnętrznej stronie walca jeżdżą windy. Całość ma około 30 pięter i robi naprawdę fajne wrażenie.



Trochę chyba jak w Shanghaju (prawda Tomek i Adam?). Jako że instalowaliśmy się do 19.00, niewiele czasu pozostało na jakieś atrakcje. Rozpoczęliśmy od wizyty w słynnym hotelu Raffles.




To kultowy obiekt. Przepiękny bogaty stary hotel z nieludzko drogimi butikami. Przyciągnął nas tu słynny drink "Singapur Sling". To coś takiego jak daikiri w knajpie Hemingwaya w Hawanie. Nie można tego w tym mieście nie spróbować. Jego skład jest przebogaty, ale już go nie pamiętam. Na stołach w kolonialnie urządzonych wnętrzach poustawiane są pudła z orzeszkami ziemnymi. Wszyscy je chrupią, a łupinki wędrują na ... ziemię. Nie ma człowiek serca tego robić., W takim pięknym miejscu taki nieporządek. Potem udaliśmy się do największej na świecie fontanny, na której wyświetlany był pokaz laserów. Nie zrobiło to na nas wielkiego wrażenia. Na koniec zostawiliśmy sobie kolację w Chinatown.



Wraz z Asią i Wojtkiem zamówiliśmy w sumie 13 dań próbując każdego z nich. Nażarliśmy się i jak widać nawet przeżyliśmy noc. Warunki w jakich jest to przygotowywane wskazywałoby na to, że się szybko pochorujemy. Ale nie. Szkoda, że prawie nie mam żadnych zdjęć. Nie wziąłem swojego aparatu i mam tylko parę fotek z kompaktu. Następnym razem się poprawię. Spaliśmy po 9 godzin, więc chyba trochę się zregenerowaliśmy. Na razie.

sobota, 1 listopada 2008

Papua - Nowa Gwinea



Opis podróży.
Już niedługo (12 listopada) zaczynamy w Amsterdamie, skąd lecimy na kilka dni do Singapuru. Następnie będziemy podziwiać podwodny świat w Raja Ampat, najlepszym na naszej kuli ziemskiej (obok Palau) miejscu do nurkowania. Na koniec czeka nas tygodniowy trekking do dżungli gdzie zamieszkują dzikie ludy Papuasów. Powrót to bodajże cztery loty do Polski.