Wczoraj byliśmy na długiej wycieczce w nowozelandzkich fiordach w MIlford Sound. Te fiordy są na 8 miejscu w rankingu najpiękniejszych miejsc do zobaczenia na świecie (pierwsze to bodajże Grand Canyon). Wyjeżdżaliśmy w przepięknej pogodzie. 300 kilometrów w jedną stronę autobusem. Niestety na miejscu pogoda się załamała. Płynęliśmy 2,5 godziny statkiem po fiordach aż do Morza Tasmańskiego. Padał deszcz, była mgła i prawie gówno widzieliśmy. Spotkaliśmy co prawda dziko żyjące pingwiny i foczki, oraz ledwie liznęliśmy pięknych krajobrazów i wodospadów. Po drodze do fiordów mijaliśmy setki pastwisk. Według naszego dotychczasowego doświadczenia, upraw praktycznie nie ma. Wszędzie tylko pastwiska, a na nich w 80% owce, w 15% krowy, a pozostałe 5 to… sarny i jelenie. Hodują je tak jak owieczki. Zwierzaki spędzają na pastwisku cały rok. Nie mają obórek. A wszystkie pastwiska wyglądają jak nasze boiska piłkarskie. Piękna soczysta zielona trawa i zero chwastów. Na jednym hektarze pasie się nie więcej jak 10 – 40 owieczek. Mają luzik i nie są w stanie wydeptać trawy, ani jej skonsumować do końca. W regionie Quenstown dwa tygodnie temu zakończył się sezon narciarski. To miasto jest jak dla nas Zakopane, czy dla Austriaków Insbruck. Pięknie tu bardzo. Na kolację poszliśmy do niezwykle klimatycznej knajpki serwującej maoryską pizzę. Była pyszna, ale bez oregano. Ptaszek na zdjęciach, to nikogo nie bojący się Kea. Najbardziej lubią chodzić po dachach samochodów i żebrać o coś do jedzenia. Jest jakimś skrzyżowaniem papugi i orła. Lasy przywodzą wspomnienia Władcy Pierścieni. To tutaj kręcili ten film. W mieście są nawet sklepy oferujące wyłącznie artykuły związane z tym filmem. Na jednej z fotek Basia występuje ze skórką possoma (to chyba opos). Jutro mamy wycieczkę jakąś szybką łodzią. Mam nadzieję, że jest to słynna nowozelandzka motorówka odrzutowa. Jeśli nie, to po tym rejsie wykupię sobie przejażdżkę takową wyścigówą. Jutrzejszy rejs jest sześciogodzinny i tak naprawdę zagadką dla nas jest to co zobaczymy. Tyle na dziś.
Najświeższy post jest na stronie głównej. Na jego dole można kliknąć poprzedni wpis. Aby zobaczyć archiwalne wpisy, wybierz z prawego menu rok, następnie miesiąc i nazwę postu. Miłej lektury. Zachęcamy do komentarzy.
sobota, 29 października 2011
piątek, 28 października 2011
W końcu Quenstown!
Co prawda z przygodami, ale w końcu dotarliśmy do Qeenstown. Jest tu przepięknie. Góry i woda. Jutro jedziemy na całodzienną wycieczkę do Milford Sound, czyli magicznego fiordowego zakątka. Całodzienna naprawdę, bo ma trwać 12,5 godziny. Zdechniemy chyba. Kierowca limuzyny, która nas odebrała z lotniska podpowiedział nam dwa fajne miejsca, które oczywiście już odwiedziliśmy. Pierwsze to według niezwykle prestiżowego przewodnika Lonnely Planet najlepsze burgery na świecie. Byliśmy w Fergburger i naprawdę mają tam fajne buły. Wielkie z soczystym mięchem nowozelandzkim i pysznymi sosami. Do tego miejscowe piwko i podniebienie było mega zadowolone. Druga atrakcja, to lokal o fajnej nazwie minus 5, chociaż w rzeczywistości jest tam chyba zimniej. Dostaje się ciepłą kurtkę, rękawice, buty emu i wchodzi do środka. Tam wszystko było z lodu. Stoły, ławki, rzeźby, bar, a nawet kieliszki i szklanki do drinków. Wypiliśmy po drinku i po schot-cie. Dobrze, że nam powiedziano, aby trzymać szklankę (lodową) dwoma rękoma, bo inaczej się wyślizguje. Po skonsumowaniu naczynie rozbija się. Fajna sprawa. Na ulicach co kawałek jakaś organizacja proponuje sporty ekstremalne. Jest tu wszystko – zjazdy na linach, bungie, szybkie łodzie, rafting itp.No to dzisiaj na tyle. Jutro wracamy z wycieczki po 20.00 i idziemy do z góry upatrzonej restauracji, także nie wiem czy dam radę coś napisać, Jak nie to na pewno pojutrze. Dzisiejsze fotki w gorszej jakości, bo znowu są jakieś ograniczenia internetowe. Ograniczenia są w internecie darmowym, ale jak bym chciał bez ograniczeń to muszę wybulić 25$ za dzień. Więc się ograniczam. Rano była mała zrypka od Basi, że się na blogu nie zachwyciłem wczorajszą muzyką Maoryską. To ulubiona muza mojej małżonki, więc ogłaszam wszem i wobec, że pięknie śpiewali wieloma głosami! Naraźki
czwartek, 27 października 2011
Dupa lotnisko.
Wczorajsza kolacja była niezwykle ciekawa. Najpierw przetransportowano nas 15 kilometrów za miasto do wioski maoryskiej, gdzie czekaliśmy w napięciu co się wydarzy. Nagle wpadli dzicy Maorowie i tańcem wojennym nas przywitali. Następnie weszliśmy do wioski położonej w ciemnym lesie i w kilku miejscach podglądaliśmy ich życie, kuchnię i zabawy. Na kolację mieliśmy słynne Hangi. W dziurze wykopanej w ziemi kładzie się rozgrzane kamienie z ogniska, na to mięsa kurczaka i baraniny i warzywa. Wszystko nakrywa się workami jutowymi i przysypuje ziemią. Całość należy zostawić na kilka godzin i jedzonko gotowe. Było też dużo pokazów tańca, śpiew i nauka tańca HAKA, czyli takiego wojennego tańca, który zawsze przed meczem rugby odtańcowuje drużyna narodowa `Nowej Zelandii strasząc przeciwnika. Przed 10.00 byliśmy w hotelu.
W Rotoura śpimy w Novotelu, ale jest paskudny. Żadnych procedur tutaj nie mają. Najgorszy nasz hotel od wyjazdu z Polski. A szkoda, bo wokół miast jest wiele pięknych małych hotelików. Ale cóż! Taki też się może trafić. Zawsze musi być ten któryś najgorszy. Może już mamy go za sobą. Teraz jesteśmy już spakowani i zaraz jedziemy autobusem na lotnisko. Dzisiaj lot ponad trzygodzinny do Quenstown i po południu czas wolny.
No i dupa! Z powodu złej pogody nasz lot jest odwołany i pojedziemy do Auckland autobusem (200 km), a dalej samolotem do Quenstown. Będziemy znacznie później, ale na dzisiaj nie mieliśmy nic w planie, więc po prostu dodatkowa wycieczka autokarowa. Wczoraj zapomniałem jeszcze coś dopisać. Gdy byliśmy z Trentem na wycieczce, nad pewnym jeziorem zauważył pustą puszkę w trawie. Bardzo się obruszył, podniósł ją i zabrał do samochodu (nie było śmietnika). Nic zatem dziwnego, że tak tutaj czysto. Oni mają porządek we krwi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)