piątek, 12 maja 2017

Benidorm

Jechaliśmy do Murcji, ale po drodze zadziwił nas widok miasta oddalonego od drogi o kilka kilometrów. Las Vegas i Dubaj w jednym. Las wieżowców. Wprost niewiarygodne. W sumie nie tak duże miasto, a okazało się, że drapaczy chmur w Europie jest tylko więcej w Londynie i jeszcze jednym jakimś mieście. A żeby było dziwnie,j to jest to miasto typowo turystyczne. Zero przemysłu. Nawet mało dzielnic mieszkalnych. Same apartamentowce turystyczne. 


A to jeszcze fotka zrobiona przed tygodniem.



No i wspomniane miasto wysokościowców Benidorm (Przy okazji prywatne pozdrówki dla Beatki i Janusza - mają firmę o nazwie Benidorm) 






Szyneczki kupuje się tutaj w całości. Cena za nóżkę od 20 euro do kilkuset.


Balkon śródziemnomorski. Piękny.


Smocze drzewa.


Ciekawie rozwiązany problem ścieżek rowerowych. Na środku jezdni.


A to Alicante i słynna posadzka doprowadzająca ludzi do zawrotów głowy.


Piękny budynek w Benidorm. Jest tylko mały problem. Nie można go zasiedlić bo... projektant zapomniał o windach. Nie żartuję. 



A to najwyższy budynek w tym mieście. Byliśmy na jego szczycie podziwiać panoramę miasta.








Przepychota ośmiornica po galicyjsku.



My na balkonie śródziemnomorskim.



A tu wyżerka małży. Zjedliśmy 40 sztuk w czterech smakach. Jakie były przepyszne. Jeszcze nam donieśli.



A na koniec sepia.







I pożegnalna kolacja w Benidorm. Szliśmy na pizzę, ale po drodze usłyszeliśmy muzykę na żywo. Muzykę oczywiście hiszpańską. Nie mogliśmy się oprzeć i zjedliśmy wielką sałatkę owoców morza i stek z tuńczyka. I oczywiście potem poszliśmy na pizzę :-). Nawet na dwie :-).


niedziela, 7 maja 2017

Oliva


Dziś parę fotek. Wielkich opisów nie będzie bo i nie ma o czym pisać (wyjazd relaksacyjny a nie turystyczny - zwiedzaniowy) i nie ma czasu. Czas zużywamy na spacery, jogę, medytację, rowery i oczywiście na jedzenie :-). 
Poniżej obiadek w campingowej restauracji. Zupa z owocami morza, brzytwy na sałacie, pizza hiszpańska (nie mylić z włoską ani polską)i sałatka z tuńczykiem.



Kolega spotkany na wycieczce rowerowej. Ja codziennie jeżdżę ponad 40 km, Basia jak ze mną się wybiera to na przynajmniej grubo ponad 20 km.


Informacja dla Józka: Józek! Nie ma nam kto obierać nieśplików obierać! Dla tych którzy nie wiedzą co to nieśplik podaję jego inne nazwy: miszpelnik, eriobotrya japonica czyli kosmatka japońska, groniweł japoński, nispero, w handlu czasem zwany loquat.


A tu wspaniałe stoisko z owocami morza. Wybraliśmy ośmiornicę 80 dekagramową.





A tu wizyta w bardzo pięknym parku. Jakby co to Basia jeździ w kasku. Tylko do zdjęć zdejmuje.











Rybki poniżej były grubsze od mojego uda. Jeszcze takich dużych karpi ozdobnych nie widzieliśmy.




A to wieczorny spacer.



Poszliśmy obejrzeć iluminacje w mieście. Były imponujące.








Głupi sport hiszpański.


ta nazwa mnie prześladuje :-).




Pomarańczowe plantacje są przepotężne. Można rwać do woli. Miliony drzew. A wśród nich dłuuuugie ścieżki rowerowe. Poezja.


A tu poranna godzinna joga i przy okazji możecie zobaczyć jak teraz mieszkamy.








Odkryliśmy wczoraj przepyszne wino w kampingowym sklepie. Lane z beczki po 1,25 euro za butelkę. Pichotka za pół darmo. No to naraźki :-).