sobota, 3 czerwca 2017

Maroko

Do Maroka dostaliśmy się promem. Po stronie afrykańskiej odbyła się odprawa. Już nie pamiętamy jak to było na granicach :-). Mimo strachu wywołanego poważnymi minami policji, obyło się bez nerwów. Zaraz za granicą wymieniliśmy pieniądze i od ulicznego sprzedawcy kupiłem kartę do internetu. I  o dziwo działa! Bałem się, że to może naciągacz. Ogólnie Maroko nas nieco rozczarowało. Architektura zbliżona do naszej, choć znacznie brzydsza. Perełek trzeba się naszukać. Ogólnie bardzo zielono (do Rabatu - dalej nie wiemy). Czy biednie? Chyba nie do końca. Oczywiście inaczej i bardziej ubogo, ale nędzy trzeba poszukać.

Nasz pierwszy posiłek na stacji benzynowej. Pan się bardzo zdziwił gdy poprosiliśmy o tajin, czyli mięsko z dodatkami zapiekane w specjalnym trzy częściowym naczyniu. Ale nie wiedzieliśmy co go dziwi. Dopiero po południu okazało się, że przyjechaliśmy w okresie ramadanu, podczas którego tubylcy w dzień nie jedzą, nie piją, nie palą i nawet im śliny nie wolno przełykać. I faktycznie wszystkie restauracje pozamykane. Otwarte tylko na stacjach paliw.



Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy na lokalny bazar w Larache.


Tuńczyk stukilowy...




...a może wielbłąd dla odmiany?









Po bazarze był czas na włóczęgę uliczkami.





Wygląda jakby jedynym sposobem na utrzymanie się był handel. Wszystkim bez wyjątku.






Camping to teren piaszczysty z takimi oto sanitariatami.


Poniżej wszelkich standardów. Ale nazajutrz będzie jeszcze gorzej. Będziemy spali na parkingu w Rabacie.


Tkaniny obiciowe cudowne.



Autobus lokalny.




Na teren starej świątyni, Basi nie chcieli wpuścić twierdząc, że ma za krótką spódnicą. Owinęła się chustą, weszła i...



...zaraz ją zdjęła, bo wchodziły też panie w krótszych.


Basia z wodnikiem przelewała wodę.


Parkować można jak kto chce. Można też innych pozastawiać.


Wszyscy idą na modły. Nas tam nie wpuścili.


A my mieliśmy wtedy w mieście luzik.






Picie tylko po kryjomu. Wszak w dzień nie wolno.







Oliwkowe szaleństwo i...


...daktylowe.


A może komuś żółwika?



Wieczorem udaliśmy się do Kazba al Udaja. W fortecy dorwał nas lokales oferując oprowadzenie. I zgodziliśmy się. Oprowadził nas szybko opowiadając w szczegółach o tym miejscu. Nawet udało nam się wejść do mieszkania gdzie pani przygotowywała posiłek po zachodzie słońca. Skosztowaliśmy pysznych sardeli. Byliśmy tak zadowoleni, że dałem mu za pół godziny 10 euro. Jakże się zdziwiliśmy gdy poprosił o 30. I był tak przekonujący, że... dałem mu. Taki stary wyga podróżnik dał tak się zrobić lokalesowi w konia. 











Wieczorem po zachodzie słońca można już jeść. Wielu miejscowych spędza ten czas z rodzinami na plaży piknikując. Czasem aż do świtu.




Cmentarz.








Kolacja po islamowemu. W ramadanie je się zupę z cieciorki, jajo, rogalika, mleko, sok, bułka, dżemy, serek,masło, placuszki, daktyle i ciasteczka miodowe niezwykle słodkie.


Noc spędzona na parkingu. Jako, że planowaliśmy tylko Maroko liznąć, dziś już wracamy w kierunku portu. Zatrzymamy się na jedną noc nad oceanem na campingu i kolejną w Tangerze przed rejsem do Włoch. Podróż promem potrwa 2,5 doby, ale unikniemy w ten sposób około 2000 km jazdy camperkiem, co do wielkich przyjemności nie należy. Czas ten sam, ale luzik. Naraźki.

1 komentarz:

Agnieszka Nowacka pisze...

Stary wyga podróżnik wcale nie dał się zrobić w konia ;) jak mówili na Bali? Dobrze dla Ciebie, dobrze dla mnie :)
A co do reszty zdjęć, najbardziej zapamiętałam oliwki <3 Pasibrzuch jest głodny :P