poniedziałek, 22 stycznia 2018

Wczorajsza kolacja nas oczarowała. Pychotki, że ho, ho. Jaka sałatka z mango? A jaki tuńczyk krwisty? A ośmiornica curry? Wybornie. I na koniec właściciel Rasta Edwin nas odwiózł do hotelu. Umówiłem się z nim, że jak coś na rybach złowię, to on nam to przyrządzi.






















No i przyszedł czas połowu. Popłynąłem z chłopakiem jego motorówką 20 km w głąb oceanu. Takie rybki jak poniżej wypuszczaliśmy, bo były za małe. Co to 1,5 kg?






Połów prawie udany. Prawie, bo co prawda ryb nie brakowało, ale był niedosyt tej wielkiej. Jedna się trafiła, ale zanim ją wyciągnąłem, to rekin ją dorwał i spokojnie zeżarł do końca. Poza tym były tuńczyki żółto-płetwe i tuńczyki latające (wyskakujące z wody).



Wieczorkiem idziemy do Rasty Edwina na carpaccio z tuny i na steki :-).


sobota, 20 stycznia 2018

Kwiaty

Dziś głównie kwiaty, których jeszcze na blogu nie było. Zrobiliśmy sobie marsz do odległej plaży. W sumie 13,8 km. Było wesoło, odkrywczo i smacznie. Aktywny dzień, ale spokojny i męczący. Dziś deszcz i nie bardzo wiadomo co robić. Pójdziemy chyba z parasolami do kościółka.











A to muszelki do makaronu. Pani wygrzebywała je na plaży. Basia bardzo chciała pomagać.





























Obiad jedliśmy w jakimś kardynałkowie. Były ich dziesiątki.




Japońska sesja.



I samozachwyt.


Kąpiele i sponiewieranie. Przez fale sponiewieranie!




I radocha po sponiewieraniu.


Powrót tubylczym autobusem.


Kończę, bo idziemy na śniadanie i na mszę. Naraźki.