Jesteśmy w kolejnym hotelu z normalnym netem. Pisałem już że mieszkaliśmy w dżungli. Bajeczne miejsce. Domek położony
wśród drzew tak, że oczywiście żadnego sąsiada nie można było spotkać. Zamiast
rozległych okien, tylko okienne otwory i siatka. Jak wieje wiatr, to wieje w
pokoju. Nie ma żadnej możliwości zasłonięcia okien czymkolwiek. Jedynie od
frontu cienkie firanki na jednym oknie, na wypadek gdyby ktoś obcy zabłądził i chciał mieszkańców podejrzeć. Był pokoik wypoczynkowy i wielka
sypialnia z trzema ścianami otwarta na dżunglę. Nocą różne dziwne odgłosy. sapania, wycia, piski, a ponadto cykady i mnóstwo ptaków. Ośrodek malutki na góra kilkadziesiąt
osób. Posiłki w cenie w formie bufetu. Opowiem teraz jak wyglądała kolacja. O
18.00 zakąski z nachosami i różnymi przepysznymi sosikami. Do tego każdy
zamawiał piwo, wino lub drinka. Siadało się przy stołach ośmioosobowych z
innymi gośćmi. Atmosfera domowa, jakbyśmy znali się od lat. O 18.30 na środek
wychodziła Cheryl (czarnoskóra świetna dziewczyna, miła, aczkolwiek asertywna)
i opowiadała jakie są sałatki i zupa. Następnie oznajmiała kolejność
podchodzenia do bufetu. Codziennie inna kolejność, także głodomory nie
wiedziały gdzie usiąść, aby szybciej zjeść. O 19.00 sytuacja się powtarzała o
Cheryl opowiadała co będzie na drugie danie. 19.30 to czas na desery. Jedzonko
przepyszne. Mieli super kucharza. Wszystko fajnie podane. Każdy gość ma do
dyspozycji jedną atrakcję dziennie do wyboru. Zamawiać trzeba dzień wcześniej w
trakcie kolacji. My skorzystaliśmy z Zip Line, czyli zjazd na linach od drzewa
do drzewa (połączone było z wizytą w zoo), oraz ze snurkowania połączonego z
lenistwem na odległej pięknej plaży. Dużo atrakcji związanych buło z
jaskiniami, ale tak jak już pisałem, omijamy je. Belize to maleńki kraj. Trzy główne drogi i
nie dużo więcej bocznych. 300 000 mieszkańców. Co ciekawe dużo mieszka tutaj
Amiszy (Amiszów). Nie znam ich zwyczajów za dobrze, ale żyją tak jak przed 100
czy nawet 200 laty. Poruszają się bryczkami lub rowerami, nie mają
elektryczności, telefonów. Chodzą ubrani jak wiele kat temu. Amisz goli się
przed ślubem, potem już nie. Sceneria jak z bajki. Niesamowici ludzie. Nie lubią
jak się ich fotografuje, więc mam tylko dwie fotki z ukrycia. Na drogach często
są wąskie mosty, gdzie mieści się tylko jeden samochód. No i który ma
pierwszeństwo? Proste – ten, który ma bliżej do miasta. Zjazdy na linach nie
były tak ekstremalne jak na Kostaryce. Ot, 5 zjazdów, gdzie najdłuższy miał
kilkaset metrów, a wysokość nie przekraczała 20. Na Kostaryce było 17 zjazdów,
a najdłuższy miał 1300 metrów. Chyba już o tym pisałem, ale nie jestem pewien. Podglądanie
rafy koralowej udało się bardzo. Basia na pięknej wyspie pływała przy brzegu
(100 - 200 m od brzegu) z kilkoma osobami, a pozostałych wraz ze mną wywieźli
na pełne morze. Zeszliśmy do wody raz na ponad godzinę i drugi raz 50 minut.
Był rekin, żółw, płaszczki, muszle, murena, lobster i mnóstwo pięknych ryb. Na
obiad wróciliśmy na brzeg i siedząc w
restauracji Basia wypatrzyła na drzewie dwie ogromne bajecznie kolorowe
zalecające się do siebie iguany. Te zwierzaki nadrzewne są dużo piękniejsze od
tych naziemnych. Nasze biuro podróży stanęło na wysokości zadania i załatwiło
nam taką kwotę gotówki jaką chcieliśmy i nawet nie chcieli na razie rozmawiać o
formie zwrotu pieniędzy. Mamy się relaksować. A w naszym nowym hotelu stało
dobre wino z kartką od biura, z życzeniami cudownego i błogiego relaksu. Nasz
dzisiejszy hotel, to ekskluzywny mały ośrodek na chyba niespełna 100 osób.
Restauracja, bar, domki, a przy nich baseny. Pięknie. Jest to jeden z
najlepszych hoteli Ameryki Centralnej, wielokrotnie nagradzany. Spotkaliśmy tu
dwie Polki, ale jeszcze dobrze nie pogadaliśmy. Też przyjechały z Top Travel.
Basię sobie wyjątkowo upodobały komary i meszki. Całą pokąsana. Współczuję jej,
bo mnie dziabnęło może z dziesięć i cierpię, ale ją już dziesiątki. Przy okazji
odkryłem, że intensywność swędzenia zależy od ilości drapania. Staram się nie
drapać, aby udowodnić, że ukąszenia nie są tak dotkliwe, ale póki co z tym
dowodem sobie nie radzę.
Na pierwszej fotce Basia przed
posterunkiem policji. Internet się muli i nie mogę podpisywać zdjęć, więc teraz
je trochę opiszę. Na czwartym spotkani na granicy Polacy. Piąte i szóste –
Amisze. Tubylcy w większości mieszkają na palach. To takie rozwiązanie
chłodzące domy. Prąd jest bardzo drogi i nie stać mieszkańców na klimatyzację.
Niektóre zwierzaki na zdjęciach są z zoo, ale nie wszystkie. Tarantuli
spotkanej na kolacji nie ma na fotkach, bo akurat nie mieliśmy aparatu, a
więcej ich nie spotkaliśmy. Słonie na łóżku są zrobione z ręczników. Piękne.
Cały czas na plaży w ośrodkach tubylcy zamiatają piasek. Czasem robi to nawet
pięciu przez wiele godzin. Dlaczego u nas tego nie robią? Planowałem rejs na
big fischa, ale brak chętnych, a płaci się za łódź i jest to dość drogie. Może
na spacerze w mieście coś się uda załatwić. Przed nami kilka dni błogiego
lenistwa i trzeba będzie wracać do domu. Ale oczywiście jeszcze napiszemy.
Tymczasem idę się wykąpać w basenie i potem jedziemy do miasta. Mieszkamy na
wyspie z miasteczkiem, w którym mieszka kilkanaście tysięcy mieszkańców. Do
centrum mamy kilka kilometrów, więc pojedziemy taksówką. Można też autobusem,
rowerem lub wynajętym wózkiem golfowym. Właśnie się kapnąłem, że zapomniałem
zmniejszyć fotki i próbowałem wrzucić ponad 300MB. Już działa normalnie. No to
naraźki.